Przy okazji wizyty Ebena Moglena na Copy Camp 2013 Wojciech Orliński przeprowadził z nim długi wywiad. Po kilku godzinach wspólnie spędzonych w sali konferencyjnej fundacji Nowoczesna Polska obydwaj panowie wyszli ewidentnie zmęczeni.
Polecam lekturę całości, bo rozmowa dotyka rzeczy najważniejszych – swobody komunikacji i kontroli nad społeczeństwem. I choć sytuacja nie jest różowa, to jest nadzieja – tyle że wymaga on nas podejmowania nie zawsze łatwych decyzji. Ale jak mówi Moglen:

Jak się ma tyle lat co ja, zdążyło się już zobaczyć wiele takich sytuacji, kiedy wszystkim wydawało się, że wiedzą, w którą stronę zmierza historia, a historia robiła niespodziankę. Dlatego lepiej zawsze być po stronie dobra, a nie po stronie zła, żeby potem nie musieć się tłumaczyć.


Bardzo ciekawa historia. Wczoraj w sieci pojawiły się kopie trzech opowiadań J.D. Salingera o intrygującym statusie prawnoautorskim. Autor zakazał ich rozpowszechniania, ale opowiadania zostały wydane w nakładzie 25 egzemplarzy w roku 1999. Autor (autor?) „przecieku” pisze:

It took me many weeks of research to find that
this book existed and many more weeks to acquire it. I will confirm and take with that take responsibility to the claim that these are accurate to the originals.
Not much is verifiable to the origins of this book I have here. At least I will not confirm anything. What I do know is that someone with access to the originals compiled them together in this self-published collection. There is a single UPC symbol on the back that leads no where. Other than that, it’s existence is not well documented.

Jedynym miejscem gdzie oficjalnie wolno było je czytać był specjalnie przygotowany pokój biblioteki w Princeton. Jeden z tych 25 egzemplarzy trafił na eBay, gdzie został sprzedany za śmiesznie niską sumę 65 funtów. Wkrótce potem zeskanowana wersja pojawiła się w sieci.
Można oczywiście zadawać sobie teraz pytania o status tych utworów. Na gruncie polskiego prawa sytuacja pewnie byłaby dość zagmatwana – no bo czy utwory te zostały rozpowszechnione przez twórcę, czy też jednak nie? I czy w związku z tym obowiązuje dozwolony użytek tych utworów? Czy rozpowszechnianie ich jest naruszeniem praw osobistych, czy majątkowych? I tak dalej, ale oczywiście nie to jest najbardziej interesujące.
Najbardziej interesujące jest pytanie o racje moralne. Kiedy Max Brodt uratował literacką spuściznę Franza Kafki i pomimo wyraźnej woli pisarza wydał jego dzieła drukiem zamiast spalić je w piecu niewątpliwie uczynił wielką przysługę kulturze. I to samo trzeba zapewne powiedzieć o anonimowych (?) naruszycielach woli Salingera. Co jest moim zdaniem kolejnym przyczynkiem do dyskusji o prawach autorskich, które – włącznie z zapisami o prawach osobistych – powinny być przedmiotem ponownej refleksji. Czy to nie interesujące, że w zasadzie jedynym przepisem od którego nie akceptujemy żadnych wyjątków z etycznego punktu widzenia jest – rzymski jeszcze – zakaz plagiatu?
Tak czy siak, czeka mnie wieczór z „The Ocean Full of Bowling Balls”.


Kilka ciekawych i kilka oczywistych pomyslow na prezenty. Ja chce drukarke, drogi Dziadku Mrozie. http://www.fsf.org/givingguide


W wywiadzie dla KP:DO Irena Lipowicz mówi o prywatności:

Znany amerykański profesor prawa Eben Moglen powiedział, że gdyby w swoim czasie w ZSRR ktoś wprowadził obowiązek noszenia specjalnych maszynek, które dzień i noc lokalizowałyby i zapisywały wszystkie rozmowy telefoniczne obywateli, to uważalibyśmy to za potworną opresję. Tymczasem dziś robimy to dobrowolnie: nosimy przy sobie aparat, który pozwala nas zidentyfikować i zlokalizować. Regulacje prawne muszą za tym nadążyć. W kontekście tych nowych zagrożeń ciężar naruszeń prawa przenosi się z podsłuchów na billingi. Być może podsłuchane przez Amerykanów rozmowy Angeli Merkel to wciąż łakomy kąsek, ale dla większości ludzi problem polega na czymś innym.

Cieszy mnie, że wizyta Ebena Moglena w Polsce – na zaproszenie fundacji Nowoczesna Polska z okazji Copy Camp – wpłynęła na debatę publiczną wokół prywatności. I cieszy mnie, że ważny urzędnik publiczny prawidłowo definiuje problem: nie jest bowiem problemem, że służby USA podsłuchują Angelę Merkel. Problemem jest, że dogadane ze sobą wszystkie służby podsłuchują wszystkich obywateli świata. I to jest problem, który musimy rozwiązać. Nie jest rozwiązaniem problemu np. umowa pomiędzy wywiadem polskim a amerykańskim że nie będziemy teraz podsłuchiwać nawzajem swoich prezydentów, posłów i ministrów. Nie jest rozwiązaniem to, co proponują amerykańskie organizacje pozarządowe które domagają się gwarancji dla amerykańskich obywateli. Europa – i to jest miejsce dla Ombudsmanów – powinna domagać się do likwidacji globalnego systemu podsłuchów na gruncie praw człowieka, a nie praw obywatela.


Uwielbiam kulturę remiksu 🙂


Długi esej Bruce’a Schneiera o stanie internetu. Trzeba przeczytać całość, mam zresztą nadzieję że ktoś przetłumaczy to na polski.

Obawiam się jednak, że jego rekomendacje to za mało:

In the short term, we need more transparency and oversight. The more we know of what institutional powers are doing, the more we can trust that they are not abusing their authority. We have long known this to be true in government, but we have increasingly ignored it in our fear of terrorism and other modern threats. This is also true for corporate power. Unfortunately, market dynamics will not necessarily force corporations to be transparent; we need laws to do that. The same is true for decentralized power; transparency is how we’ll differentiate political dissidents from criminal organizations.

Oversight is also critically important, and is another long-understood mechanism for checking power. This can be a combination of things: courts that act as third-party advocates for the rule of law rather than rubber-stamp organizations, legislatures that understand the technologies and how they affect power balances, and vibrant public-sector press and watchdog groups that analyze and debate the actions of those wielding power.

Transparency and oversight give us the confidence to trust institutional powers to fight the bad side of distributed power, while still allowing the good side to flourish. For if we’re going to entrust our security to institutional powers, we need to know they will act in our interests and not abuse that power. Otherwise, democracy fails.

In the longer term, we need to work to reduce power differences. The key to all of this is access to data. On the Internet, data is power. To the extent the powerless have access to it, they gain in power. To the extent that the already powerful have access to it, they further consolidate their power. As we look to reducing power imbalances, we have to look at data: data privacy for individuals, mandatory disclosure laws for corporations, and open government laws.

Zasadnicza nierówność dotyczy nie tyle dostępu do danych, co mocy obliczeniowej pozwalającej te dane wykorzystać. Nasz apetyt na moc obliczeniową ciągle rośniej szybciej, niż możliwości naszych urządzeń – co jest przyczyną dzisiejszej pozycji firm takich jak Google czy Facebook. Odwrócenie tego trendu wydaje się niemożliwe bez inwestycji w rozwój technologii rozproszonych: rozproszonej sieci, rozproszonych mocy obliczeniowych. Ale w takiej inwestycji nikt nie ma interesu. Od niedawna widzimy z całą brutalnością dlaczego nie możemy tutaj polegać na instytucjach państwa.


Wiemy coraz więcej. Wiemy na przykład, że nie tylko roboty w siedzibach dwóch największych operatorów usług email czytają nasze listy żeby sprzedawać nam więcej produktów, ale że robią to także inni. Być może także nasz własny rząd, na razie tego nie wiemy.
Oczywiście, chcemy wiedzieć i rząd musi odpowiedzieć. Ale też chyba najwyższy czas na samoobronę.
Samoobrona nie jest łatwa. Wdrożenie szyfrowania emaili wymaga trochę samozaparcia, zapału i chęci uczenia się (do czego namawiam). Ale to także chyba jest moment, w którym szyfrowanie emaili powinno się stać standardową procedurą wszystkich firm. Oraz organizacji pozarządowych – zwłaszcza jeśli zajmują się działalnością watchdogową.
Może czas na kampanię społeczną w tej sprawie?